środa, 1 sierpnia 2012

Rozdział I

         Jak zwykle siedziałam przed komputerem tu zaglądałam na Facebook'a  tu pisałam na Skype. Nagle do pokoju wbiegła moja koleżanka Destiny. Mało co zawału nie dostałam.
- Hej Addie. Sorry, że tak późno. Ale mój tatko dostał bilety. Na ten zespół co ty lubisz. No jak on się tam nazywał ... No w każdym razie daje ci ten bilet bo ja ich nie lubię- wy trajkotała Destiny. 
- Chodzi ci o One Direction!?-wykrzyknęłam.
- O tak tak. No to masz ten bilet. Ja już muszę pędzić bo mam za 20 minut tenisa. Trzymaj się- powiedziała bardzo szybko Destiny i wybiegła z mojego pokoju. 
Nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że to sen. Ale nie, to nie sen. Zerknęłam na bilet i mało co nie zemdlałam. Okazało się że ten bilet to tylko bilet wstępu w takim sensie, że mnie wpuszczą do klubu a miejsca zajmuje się na wepchanego. Czyli kto pierwszy ten bliżej sceny. To było coś okropnego. Ja mieszkam 40 km od centrum Londynu. To nie możliwe bym przybyła pierwsza. Przecież koncert jest o 17 to na pewno od 15 będzie tam już pełno dziewczyn które będą bazowały na miejsca przy scenie. No trudno. Musiałam się zacząć szykować bo nie wspomniałam, że koncert był następnego dnia. Tak właściwie  to byłam tak zmęczona, że nie miałam już siły się szykować. 
        Następnego dnia wstałam o 12 ale byłam bardzo szczęśliwa. Poszłam do kuchni zjadłam płatki i zaczęłam przygotowywać się do koncertu. Na początku umyłam włosy. Potem zrobiłam sobie mani i pedi ciur. Za nim się spostrzegłam była już 14. Ubrałam się w jeansowe szorty biały T-Shirt  z napisem I ♥ One Direction. Na to zarzuciłam niebieską bejsbolówkę bo wiał wiatr. Włosy upięłam w koczka na czubku głowy. "Jeszcze tylko perfumy i mogę wychodzić" pomyślałam. Czułam się jak bym szykowała się na randkę a to tylko zwykły koncert. Wszyłam z domu i podążałam pod bramę gdy nagle przypomniałam sobie, że nie wzięłam aparatu i  kartek na autografy. Wróciłam się i wzięłam. Pobiegłam pędem na przystanek autobusowy. Gdy byłam zaledwie 200 m od przystanku   zobaczyłam autobus numer 5 . Wszystko było by dobrze gdyby nie to że już odjeżdżał. Darłam się jak głupia : "Stop", " Zatrzymać" ale autobus już dawno się oddalił. Nie wiedziałam co mam zrobić.  Kolejny autobus do centrum jedzie o 17.15 . Byłam załamana. Zaczęłam iść na pieszo. Przeszłam 6 km i nóg już nie czułam. A gdzie tu jeszcze 34 km ? To było coś strasznego. Szłam i szłam . Zrobiłam 15 km. Jak nic schudłam z 5 kg. Ale nie było mi do śmiechu. Zaczęłam więc łapać na stopa ale żaden idiota się nie zatrzymał. Usiadłam na krawężniku i zaczęłam płakać. Nagle ktoś do mnie podszedł. był to jakiś mężczyzna ubrany na czarno. Kucnął prze de mną i objął mnie.
- ... mała... - zaczął tajemniczym głosem. 
- Ty zboczeńcu jeden. Zostaw mnie. Dobrze ci radzę!- krzyknęłam i uderzyłam faceta torebką. 


____________________________________________________


TO I ROZDZIAŁ. ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA. NASTĘPNY ROZDZIAŁ BĘDZIE JUTRO. PRZEPRASZAM ZE TAKI KRÓTKI TEN ROZDZIAŁ ALE JAKOŚ TAK WYSZŁO.  NO TO NA TYLE. POZDRAWIAM WSZYSTKICH  DIRECTIONERS ;D .


PAPA ;***  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytasz opowiadanie? Dodaj komentarz. Prooszę. ;D